Przepraszam wiem że zawaliłam ale nie miałam jak dodawać nowych części ponieważ ostanio mam naprawdę wielkiego pecha. Najpierw zepsuł mi się laptop, później zachorowałam nie miałam siły nic dodać a na koniec zwaliła mi się masa pracy. Tak więc jeszcze raz przepraszam i zapraszam do dalszego czytania.
-----------------------------------------------
Oczami Fabiana:
Wbiegliśmy na polanę. Brat mojej ukochanej powiedział mi że ona tam na pewno jest. Czuje jej obecność na tej właśnie polanie. Szybko zszedłem Luce z pleców i zdębiałem niezdolny do wypowiedzenia nawet jednego słowa. Róża stała pośrodku polany koło martwego kota. Byłem więcej niż pewien że powodem jego zgonu był brak krwi w ciele. Jej oczy lustrowały nas uważnie. Czekając na choćby najmniejszy ruch w jej stronę. Wzrok był wygłodniały lecz również ostry i skoncentrowany. Usta rozchylone ukazując końcówki prostych białych zębów. Dwie stróżki brunatnej cieczy znaczyły dróżkę z kącików ust i z brody malutki brunatne kryształki rozbijały się o ziemię. Była przyczajona, gotowa do ataku, gotowa do ucieczki w razie potrzeby w każdej chwili. Kiedy mrugnęłam zobaczyłam że cofnęła się znacząco do tyłu. Obawiała się tego co mogliśmy jej zrobić. Poprawka co Luca mógł jej zrobić.
Byłem z siebie dumny że głos mi się nie załamał przy wypowiadaniu jej imienia. Usłyszałem cichy warkot wydobywający się z jej gardła. Zszokowało mnie to. Nie byłem zdolny by się ruszyć. Luca zasłonił mnie swoim ciałem ogradzając od swojej dalej przyczajonej siostry. Ona oderwała od nas wzrok i spojrzała do góry. Luca wyciągnął coś z tylnej kieszeni i jej rzucił. Byłem tym zdziwiony gdyż nie zauważyłem że brał coś ze sobą zanim opuściliśmy dom. Zdążyłem rozpoznać długie rękawiczki aż do łokci. Takie jakie kiedyś damy nosiły dla ozdoby i ochrony rąk. Zaczęła do nas podchodzić. Bardzo powoli, badając sytuację. Wyciągnąłem chusteczkę i jej ją podałem. Uśmiechnęła się i wzięła chusteczkę ucierała nią powoli usta, brodę i dekolt z krwi.
Róża pokiwała twierdząco głową. Chciałem usłyszeć jej melodyjny głos. Jednak się tego nie doczekałem. Jeszcze. Po chwili zamilkła. Nasłuchiwała. Zamyśliła się. Pociągnęła powoli nosem i otworzyła usta. Jakby badając smak powietrza. Zaraz je zamknęła ale dalej toczyła batalię. W końcu chyba coś postanowiła.
Kogo jeszcze tu sprowadziliście? - zapytała zachrypniętym głosem. Jakby nie mówiła od bardzo dawna. Co prawdopodobnie było prawdą.
Rodzice i klan Felixa są w domu. My jesteśmy tu sami. Dlaczego pytasz? - odpowiedział Luca.
Ktoś tu biegnie. Wampiry. 3. - powiedziała szeptem. Jakby upewniając się w tych słowach.
Bierz Fabiana na plecy i biegnij. - powiedział Luca szybko i przemieścił się bliżej siostry.
Dobrze. - Odpowiedziała bratu i spojrzała na mnie ze smutkiem.
Dlaczego akurat Róża? - zapytałem nie pewnie.
Ona jest szybsza i zwinniejsza. Szybciej ucieknie przed nadchodzącą pogonią. Nawet z balastem ma więce szanse ode mnie. Bez obrazy. - nie obraziłem się bo niby z jakiego powodu. On mówi prawdę. W tej chwili byłem tylko balastem.
Nie no spokojnie nic się nie stało. - jego słowa naprawdę mnie nie zraniły.
Powoli wsiadłem ukochanej na plecy. Ona się nawet nie ugięła pod moim ciężarem. Zdjęła rękawiczki i ruszyła. Biegła bardzo szybko. Dużo szybciej niż Luca. Z pewną dozą wdzięku, równowagi i taneczności. Zdjęła rękawiczki i machnęła ręką. Za nami wyrosły wysokie krzaki pokryte kolcami. Po chwili zaczęła się wielka ulewa. Moje ubrania szybko przemokły od padającej z nieba ulewy. Wbiegliśmy do rzeczki, która na chwilę obecną zamieniła się w potok i biegliśmy nią jakiś czas. Straciłem orientację w terenie ale ufałem Róży i wiedziałem że doprowadzi nas bezpiecznie do domu. Biegła tak dość długo nie wiedziałem że tak daleko się zapuściliśmy w poszukiwaniu jej ale w końcu między drzewami zamajaczała sylwetka domu. Po chwili byliśmy na ganku. Ulewa dalej przybierała na sile. Mi było to już wszystko jedno. I tak byłem przemoknięty do suchej nitki.